Złotobrody emir





Jechał łoskiem, szare oczka na ganek kierując i na drugiej linewce prowadził może dwuletniego tryhuna, strasznie zachudzonego, jak gdyby miał tylko kości skórą powleczone,
Widać
było, że to podróżny, który może zdaleka jedzie.
Dostrzegł go przez okno Halicki. Porzucił łyżkę, gębę od ucha do ucha otarł i na ganek wyleciał jak z procy.
Podróżny jak raz przed gankiem konia zatrzymał.
—- A, niechże cię djabli wezmą, panie Pfeifer — krzyczał na cały głos Halicki — w samą porę pan Bóg cię przyniósł.
Przyjezdny uśmiechnął się z pod wąsa i flegmatycznie z konia zsiadał.
— Fed'ku, Fed'ku ! — krzyknął komisarz — a zabierz-no konia do stajni!
Ale Fed'ko na razie nie zjawiał się.
Pan Pfeifer był weterynarzem.
Tyrolczyk z urodzenia, służył na Węgrach wojskowo, przywiązał się do życia cygańskiego i włóczył się aż się na Ukrainę zawlókł.
Podobało mu się tu, więc został, jeździł od dworu do dworu. Puszczał krew, robił zawłoki, leczył nosate konie pigułkami z imbieru — i żył.
Bryczką nigdy nie podróżował, tylko zawsze konno.
Przywitał się z gospodarzem, aż nadbiegł Fed'ko.
— Tylko wody nie dawać zaraz...
— dysponował Fed'kowi — przeprowadzić trochę... tak... tak... — ujmując konia za wędzidła, mówił Niemiec.
— A skądżeś to, mości Pfeifer, to paskudztwo wyrwał!
— wołał Halicki, na konika wskazując.
— Jakie paskudztwo ? — spytał spokojnie Pfeifer.
— A tę szkapę !
— O, to drogi koń... o, to drogi.. on chudy, ale jak się odkarmi..
. co to za koń będzie... Jego można byłoby pod Napoleona dać, jak pana szanuję.
— No, zobaczymy jutro, a tymczasem chodź jeść.
Weszli do izby obaj.
Pfeifer na progu się zatrzymał i rzekł głośno łamaną polsczyzną :
— Pokój domowi temu i temu, kto w domu tym!
— Na wieki wieków...
— Pan tu sobie podjadał...
— zaczął.
— Już podjadłem... widzisz, połowę tej misy już zmiotłem...
Pfeifer kłową skinął.
Halicki nalał kielich gorzały.
— W ręce wasze! Pfejfer wypił.
— No, a teraz do roboty!


<<Poprzednia 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 32 | 33 | 34 | 35 | 36 | 37 | 38 | 39 | 40 | 41 | 42 | 43 | 44 | 45 | 46 | 47 | 48 | 49 | 50 | 51 | 52 | 53 | 54 | 55 | 56 | 57 | 58 | 59 | 60 | 61 | 62 | 63 | 64 | 65 | 66 | 67 | 68 | 69 | 70 | 71 | 72 | 73 | 74 | 75 | 76 | 77 | 78 | 79 | 80 | 81 | 82 | 83 | 84 | 85 | 86 | 87 | 88 | 89 | 90 | 91 | 92 | 93 | 94 | 95 | 96 | 97 | 98 | 99 | 100 | 101 | 102 | 103 | 104 | 105 | 106 | 107 | 108 | 109 | 110 | 111 | 112 | 113 | 114 | 115 | 116 | 117 | 118 | 119 | 120 | 121 | 122 | 123 | 124 | 125 | 126 | 127 | 128 | 129 | 130 | 131 | 132 | 133 | 134 | 135 | 136 | 137 | 138 | 139 | 140 | 141 | 142 | 143 | 144 | 145 | 146 | 147 | 148 | 149 | 150 | 151 | 152 | 153 | 154 | 155 | 156 | 157 | 158 | 159 | 160 | 161 | 162 | 163 | 164 | 165 | 166 | 167 | 168 | 169 | 170 | 171 | 172 | 173 | 174 | 175 | 176 | 177 | 178 | 179 | 180 | 181 | 182 | 183 | 184 | 185 | 186 | 187 | 188 | 189 | 190 Nastepna>>